HOME



Drogi Czytelniku,

Jeśli szczerze interesuje Cię to, co publikujemy, i uważasz, że warto udostępniać ten materiał w wersji polskojęzycznej, a znasz angielski i znajdziesz trochę czasu - zapraszamy do współpracy!

Poszukujemy osób chętnych do współpracy przy przekładzie książki "The Secret History of the World" i do kilku innych projektów.

UWAGA!
Przeczytaj, zanim napiszesz do nas, albo jeśli nie otrzymałeś odpowiedzi.


Napisz do nas...


Kasjopea

Wstęp: 0 - 1 - 2 - 3 - 4 - 5 - 6 - 7

Kim są Kasjopeanie?

Zakochana egzorcystka - Opowieść wielu możliwości - Thomas French,
St. Petersburg Times

Najgroźniejsza idea na świecie

Forum Cassiopaea (anglojęzyczne)


- Polska strona Éiriú Eolas


FALA

Część:
0 - 1 - 2 - 3 - 4 -
  - 5 - 6 - 7 - 8 - 9 -
  - 10a - 10b - 10c -
  - 11 - 11b - 11c -
  - 11d - 11e - 11f -
  - 11g - 11h - 11i - 11i
  - rozdział 22 - 22 b


Psychopatia

Fragmenty "Psychopatologii"
PSYCHOPATA – Maska zdrowia psychicznego
Czym jest psychopata?
Protokoły patokratów
Oficjalna kultura - naturalny stan psychopatii?

Na blogu PRACowniA:

Ponerologia polityczna

Psychopatia Schizoidalna (fragment Ponerologii politycznej)
Charakteropatie - paranoidalne i in.
Ponerologia polityczna (Time for change)
  - cz. 2: Rola ideologii w rozwoju złowrogich reżimów (patokracji)
Nuda albo ekscytacja - rzecz o psychopatach
Strukturalna teoria narcyzmu i psychopatii - Laura Knight-Jadczyk
O "Ponerologii politycznej" - Laura Knight-Jadczyk, cz.1


Ezoteryka

Kasjopeanie odpowiadają na pytania o "Wniebowstąpienie"

Kasjopeanie na temat centrów energetycznych i czakramów - Laura Knight-Jadczyk

Historia seksu i uwagi ogólne - Lama Sing

Okłamywanie się, czyli stan ludzkiej maszyny - Henry See

Pierwsze wtajemniczenie - Jeanne de Salzmann

Rola negatywnych emocji w pracy nad sobą - Laura Knight-Jadczyk

Uwagi na temat niewłaściwej pracy centrów - Maurice Nicoll

Umiejętność rozeznania - Świat wewnątrz diabła

Borys Murawiew - Gnoza - fragmenty

Komentarz na temat "Gnozy" Murawiewa
  - Część 1


9/11 i nie tylko


VIDEO - Atak na Pentagon

Komentarze na temat Ataku na Pentagon - Laura Knight-Jadczyk

Teorie konspiracyjne rozkwitają w Internecie - Carol Morello, The Washington Post

Jakiś potwór tu nadchodzi

Osama, Szwadrony Śmierci i Największe Kłamstwo Wszechczasów


Tajemna historia świata


VIDEO - Tajemna historia świata

książka dostępna w języku:
english - français - espanol

polskim:

* Przedmowa
* Wstęp
* Rozdział 1 (a) (b)
* Rozdział 2 (NOWOŚĆ!)
* Rozdział 3
* Rozdział 4



Wysoka dziwność

książka dostępna w języku:
english - français

* Rozdział 1
* Rozdział 2
* Rozdział 3


Arkadiusz Jadczyk


Nasz BLOG PRACowniA z uzupełniającymi materiałami:

PRACowniA


Sztuka iluzji


Korespondencja
z Czytelnikami


Transkrypty sesji:

Rok: 1994 - 1995 - 1996 - 1997 - 1998-2001

Rok: 2011

Rok: 2012

Stary Index i niezweryfikowane sesje z 1994-95

 



Napisz do nas...


"Nie bójcie się o ścieżkę prawdy, bójcie się o brak ludzi, którzy nią kroczą."
Robert Francis Kennedy


"Przeczytałem dzisiaj wiadomości, o ludzie..."
John Lennon


Tyrania, która osiągnęła największy sukces to nie ta, która używa siły do zapewnienia jednorodności, ale ta, która usuwa ze świadomości inne możliwości i sprawia, że wydaje się niewyobrażalne to, iż istnieją inne drogi, i która usuwa poczucie, że istnieje coś poza tym.
Allan Bloom
Zamykając amerykanski umysł


"Niebezpiecznie jest mieć rację w sprawach, w których ustanowione władze się mylą."
Voltaire


Wiara świadomości jest wolnością
Wiara uczuć jest słabością
Wiara ciała jest głupotą.

Miłość świadomości wywołuje taką samą reakcję
Miłość uczucia wywołuje przeciwną
Miłość ciała zależy jedynie od typu i biegunowości.

Nadzieja świadomości jest siłą
Nadzieja uczuć jest niewolnictwem
Nadzieja ciała jest chorobą.
Gurdżijew


Metoda nauki ezoterycznej jest taka sama jak nauki pozytywnej: obserwacja, krytyczna analiza tejże obserwacji i rygorystyczna dedukcja w oparciu o ustalone fakty.
Murawiew, Gnoza vol.1


Zycie jest religią. Doświadczenia życiowe odzwierciedlają sposób, w jaki wchodzi się w interakcję z Bogiem. Ci, którzy są uśpieni, to ci, którzy prezentują małą wiarę w swych interakcjach z kreacją. Niektórzy myślą, że świat istnieje, by mogli go przezwyciężyć, zignorować lub wyłączyć. Dla tych jednostek światy przestaną istnieć. Staną się oni dokładnie tym, co sami wnoszą w życie. Staną się jedynie snem w 'przeszłości'. Ludzie, którzy zwracają dokładnie uwagę na rzeczywistość obiektywną, na prawo i lewo, staną się rzeczywistością 'Przyszłości'.
Kasjopeanie, 28-09-2002


Otrzymywanie informacji o nowościach na witrynie!

Kanał RSS Kasjopea




Cykl Artykułów Pod Tytułem

FALA

Rozdział XVI

Wszystko co jest, to lekcje...
albo
Skalna rozpadlina...

Autorka: Laura Knight-Jadczyk


He hideth my soul in the Cleft of the Rock
that shadows a dry thirsty land...
He hideth my life in the depths of his love;
and covers me there with his hand...

[On ukrywa mą duszę w rozpadlinie skalnej
Te cienie suchej, spragnionej ziemi
On ukrywa moje życie w głębi swojej miłości
I obejmuje mnie tam swą prawicą.]

 

Uwaga: Pisanie tego segmentu jako tła dla wydarzeń, które nastąpiły, było niezwykle trudne, ale konieczne. W innych miejscach tej strony, kiedy mówiłam o swoich osobistych doświadczeniach, z przyczyn oczywistych generalnie unikałam niektórych szczegółów - pamięć ich jest bolesna. Zawsze obawiam się, że prywatne informacje mogą czytelnika albo znudzić, albo spowodować, że "się wyłączy", starałam się więc podawać jedynie najistotniejsze punkty, które bedą będą się pojawiać w dalszej dyskusji, i przedstawiąć je maksymalnie zwięźle. Proszę, wytrzymajcie ze mną tym razem, a jeśli dojdziecie do wniosku, że was to nie interesuje, możecie spokojnie to zostawić i wrócić  później, kiedy dyskusja wróci do bardziej "uniwersalnych tematów". Jednak z doświadczenia wiem, że sporo z tego, co tu opisuję, nie spotkały wyłącznie mnie.

W chwili, na której kończy się poprzedni odcinek, doszłam do wniosku, że może zrobienie użytku z mózgu nie byłoby takie złe, nawet jeśli "ścieżka wiary" krzywo patrzy na na jego nadużywanie. Jako jedyny z niego pożytek dopuszcza wyłącznie poświęcenie go i ofiarowanie w celu zahipnotyzowania - dać go sobie wykręcić na kształt precla i wykorzystać do brawurowego uzasadniania teologicznych bzdur.

Pamiętam, jak pewnego dnia odwiedziłam znajomą w jej biurze i na jej biurku była tabliczka z napisem: Bóg nie tworzy śmieci. Naprawdę mnie to rozbawiło, ponieważ właśnie starałam uwolnić się z zahipnotyzowania na to, że człowiek nie jest w stanie wykorzystać swojego mózgu do odkrywania i rozumienia Boga i dlatego skazany jest na wiarę i, oczywiście, Święte Pisma - różne w zależności od wyznawanej wiary. Ileż to razy słyszałam kazania o tym, że mózg jest wyłącznie narzędziem Szatana. Oczywiście, kiedy mówimy o "Umyśle drapieżnika", widzimy, że jest to tylko jedna strona medalu. Niemniej jednak, było dla mnie całkiem jasne, że wszystko co istnieje, istnieje w umyśle Boga (kimkolwiek lub czymkolwiek on/ona jest), i dlatego ma swoją funkcję w odnajdywaniu go.

Czytając ten mały napis, zdałam sobie sprawę, że byłam tak bardzo zaślepiona tą ścieżką wiary, że bałam się nawet myśleć. Doszło do tego, że moja skłonność do zadawania pytań wywoływała zakłopotanie, a wszystko razem doprowadziło mnie do głebokiego poczucia winy za mojej skłonności do wykorzystywania logicznej analizy. Jedną ze standardowych "sugestii hipnotycznych" na "drodze mnicha" jest to, że nie wolno myśleć. Myślenie prowadzi do pytań, a niepisane jedenaste przykazanie brzmi "Nie Będziesz Zadawał Pytań"! Nagle stało się dla mnie nad wyraz jasne, że istnieje powód, dla którego aktu stworzenia objął również i to, iż MAMY mózgi - te niesamowite instrumenty. (Wiem, że czytelnik zdążył już dojść do przekonania, że jestem najpowolniejszym uczniem wszechczasów!) Tak czy inaczej, ten oczywisty fakt, że Bóg dał nam mózgi z jakiegoś powodu, pociągnął za sobą kolejną myśl: czyż nie powinniśmy przy użyciu mózgu raczej dążyć do odkrycia Boga, zamiast wykorzystywać go do uzasadnienia oczywistych bzdur o Bogu, pod postacią tradycji przekazywanych nam przez ludzi, którzy ewidentnie nie zrobili nic, żeby poprawić stan naszego świata i mogliby w rzeczywistości być postrzegani jako twórcy tego systemu, z całym tym bajzlem, w jakim przyszło nam teraz żyć, a wszystko dlatego, że NIE korzystali ze swoich mózgów?

W tym samym mniej więcej czasie zdarzyło się coś bardzo dziwnego. Nie myślałam wtedy, że mogło to być  porwanie. Dopiero z perspektywy czasu dostrzegam pewne wskazówki co do możliwej natury tamtych wydarzeń. Równie dobrze jednak może istnieć inne tego wyjaśnienie.

Jak już powiedziałam, mieszkaliśmy w drewnianym domku. W bardzo ciasnym domku. Większość miejsca zajmowały nasze łóżka, schowek i coś na wzór kuchni pokładowej. (Jeżeli nauczyłam się czegokolwiek z tego doświadczenia, to jak zaprojektować idealną kuchnię!) Moje standardowe, podwójne łóżko wciśnięte było w kąt i jednym bokiem przylegało do ściany. Między krawędzią łóżka a łóżeczkiem dziecka była bardzo wąska przestrzeń. Spałam po stronie "wewnętrznej", przy ścianie. Żeby wejść do łóżka albo zejść z niego, musiałam albo sunąć się przez krótszą krawędź, albo przedostać się przez część zajmowaną przez mojego byłego, prosząc go, by wstał. W mojej sytuacji opcja "zsuwania" się była dość trudna, więc kiedy już znalazłam się w łóżku, na dobrą sprawę byłam unieruchomiona na całą noc.

Pewnej nocy coś mnie obudziło, choć nie wiem dokładnie co. Był to jakiś dźwięk, niskie brzęczenie lub stłumiony "łoskot", jeśli tak to można nazwać. Byłam BARDZO śpiąca - czułam się prawie jak odurzona, ciężko było mi otworzyć oczy. Pomyślałam jednak, że powinnam sprawdzić co się dzieje, więc zmusiłam się do otwarcia oczu i podniosłam głowę z poduszki, żeby się rozejrzeć. Zobaczyłam najdziwniejszą rzecz, której do tej pory nie potrafię wytłumaczyć. Zobaczyłam światło. Lecz nie było to zwykłe światło. Światło to przenikało przez ściany domu, jakby przechodząc przez coś na kształt szczelin i przez mnóstwo bardzo maleńkich otworów w ścianach. Dostawało się oczywiście przez okna, lecz te promieniste igły światła, które przeszły przez ściany, były naprawdę dziwne. Wyglądały jakby były materialne, jak sople lodu czy odłamki kryształu.

Zaskoczyło mnie oczywiście to, co zobaczyłam. Nie potrafiłam wymyślić, co to mogło być za światło, tak silne, że przedostawało się przez szczeliny w ścianie, które praktycznie rzecz biorąc były mikroskopijnej wielkości. Nawet światło słoneczne nie dawało tego efektu, choć wiedziałam, że struktura naszej "chatki" z pewnością ma takie drobne szczelinki. Cały pokój był jakby poprzecinany tymi wiązkami światła.

Co sobie powiedziałam, gdy zobaczyłam to bardzo dziwne światło? Tłumaczyłam sobie, że musi to być grupa przyjaciół mojego (byłego) męża, robiąca sobie żarty podjeżdżając pod dom kilkoma samochodami terenowymi z zamontowanymi na dachach szperaczami skierowanymi prosto na dom!

Był jednak pewiem problem: mój (były) mąż nie ma żadnych przyjaciół z terenowymi samochodami wyposażonymi w szperacze na dachach!

Ale nie przejęłam się tym drobnym detalem, Stwierdziłam, że to JEGO kumple stroją sobie żarty, a ja jestem za bardzo zmęczona, żeby się  śmiać, więc niech SAM się zwlecze i ich pogoni!  Jak śmieli przyjeżdżać tu w środku nocy i robić sobie żarty, kiedy on musi wcześnie rano wstać do pracy! Co więcej, ja też potrzebowałam snu!

I tak zrobiłam. Wsadziłam głowę pod kołdrę i z powrotem zasnęłam!

Następna rzecz jaką pamiętam, to ból. Nie odczuwałam go w jednym konkretnym miejscu. Po wielu miesiącach rekonwalescencji po porodzie (jak wspominałam kiedyś, byłam przykuta do łóżka przez prawie 6 miesięcy w związku z urazem miednicy, którego doznałam podczas porodu) wciąż byłam na tyle słaba, że jakikolwiek rodzaj aktywności mógł doprowadzić do urazu i ogólnego bólu. Ból wydawał się koncentrować w obszarze jamy brzusznej i przenikał w stronę pleców, przypominał bóle porodowe.

Obudził więc mnie ból. Najdziwniejsze było jednak to, że kiedy się obudziłam, miałam twarz przyciśniętą do stóp mojego (ex) męża! Leżałam w łóżku zupełnie odwrócona. W dodatku moja nocna koszula była MOKRA od kolan w dół. Podciągnęłam się, żeby usiąść i oprzeć się o ścianę i przeniosłam po kolei obie nogi na drugą stronę łóżka. Chciałam się pochylić i sprawdzić, skąd ta mokra koszula. Wszystko to kosztowało mnie sporo bólu, ale się jakoś sobie poradziłam. Siedziałam więc i zastanawiałam się, jak to się stało, że mam mokrą koszulę. Pamiętam, że myśląc o tym omal nie wpadłam w histerię. Zapałką zapaliłam lampę, żeby znaleźć coś suchego na grzbiet. Kiedy zdjęłam tę mokrą koszulę, zauważyłam, że jest pokryta małymi czarnymi plamkami - nasiona i pyłek z trawy bahia rosnącej na tyłach, która sięgała wtedy do wysokości kolan.

Jak to sobie tłumaczyłam? Powiedziałam sobie, że musiałam wstać nocą, pójść do łazienki i zamoczyć koszulę nocną w wiadrze z wodą trzymanym tam nocą na podorędziu do spłukiwnania toalety. (Nalegałam na zainstalowanie urządzeń sanitarnych, nawet jeśli mieliśmy je obsługiwać "ręcznie").  Po prostu zapomniałam o tym. Nawet nie PRÓBOWAŁAM sobie wytłumaczyć, jak znalazłam się w łóżku odwrócona.

Tak to SOBIE tłumaczyłam. Nie miało to absolutnie sensu, ponieważ nigdy w życiu, ani przedtem, ani potem, nie zdarzyło mi się wstać w nocy i nie pamiętać tego, czy też być nieświadomą tego co robię. Pamiętam, że wkładając koszulę do kosza zwinęłam ją ciasno, żebym nie musiała na nią patrzeć, a kiedy w końcu ją prałam, robiłam to tak szybko, jakbym próbowała coś przed sobą ukryć.

Teraz, oczywiście, to wyjaśnienie, biorąc pod uwagę mój stan fizyczny i kłopoty z wydostaniem się z łóżka, przecież nie latałam. Jednak, to nie miało dla mnie znaczenia. Stworzyłam sobie tę historie i ją zaakceptowałam. Część której nie mogłam wyjaśnić, zamiotłam "pod dywanik" i unikałam myślenia o tym wszystkim. Musiałam. Co więcej mogłam zrobić?

Zastanawiam się, ilu ludzi ma podobne doświadczenia i "tłumaczy" je w ten sposób?

Od tego momentu, stan mojego serca zaczął się pogarszać, i zacząłem cierpieć na coś więcej niż tylko migotanie - zaczęłam miewać ataki dusznicy każdego tygodnia, doszły do tego bóle obydwu ramion, choć przeważnie koncentrował się po lewej stronie. Powrócił także dawny problem - endometrioza, powodująca niemal ciągły ból. (Skończyło się na D&C [poszerzanie szyjki macicy i łyżeczkowanie] oraz laparoskopii [wziernikowanie jamy otrzewnej], które ujawniły, że cierpię na ostrą odmianę adenomyosis.)

A potem pojawiły się bóle głowy. Bóle tak potworne, że samo oddychanie było męką. Nic nie pomagało - żadne lekarstwa, terapie, nic. Ból zaczął się w dziwny sposób od obrzęku głowy na grzbiecie potylicznym, gdzie czaszka łączy się z karkiem. Obrzęk potrafił czasem przybierać rozmiar piłki golfowej i to stamtąd ból promieniował, pulsując coraz silniej i ściskając mi głowę niczym metalową obręczą.  Czułam, że czaszka zaraz pęknie, bo jak inaczej może zakończyć się taka męczarnia? Jedynym sposobem na wytrzymanie tego - zapomnijmy zupełnie o możliwości doznania ulgi - było leżeć w ciemności, zupełnie nieruchomo, i oddychać tak płytko, jak tylko możliwe, żeby zminimalizować wszelki ruch. Trwało to za każdym razem do tygodnia, kiedy to tylko chwilami drzemałam, aż w końcu zapadałam w głęboki sen, kompletnie wyczerpana utrzymywaniem się przy zdrowych zmysłach w obliczu tej straszliwej udręki. Budziłam się już bez bólu, choć żyłam w strachu przed następnym, nieuchronnym atakiem.

Jakby tego wszystkiego było mało, musiałam ciągle walczyć z infekcjami ucha, które były tak rozległe, że część głowy mi puchła aż ucho się całkiem zamknęło, utrudniając odsączanie się płynów, aż w końcu błona bębenkowa pękła powodując tak potworny ból, że jeżeli byłam w stanie stać, to ból momentalnie rzucał mnie na kolana i błagałam o litość! Ciekawą rzeczą w tych chronicznych, regularnych "wybuchach" w moim uchu było to, że przychodzoły bez ostrzeżenia. Nie było  żadnego ostrzegawczego uczucia, że coś zaczyna być nie tak - budziłam się w bólu, z opuchniętą z jednej strony głową, i ból narastał w ciągu jednego dnia aż do momentu  krytycznego, wymagającego wyprawy na pogotowie. Chce mi się śmiać (choć ci, którzy czegoś takiego doświadczyli, wiedzą, że NIE jest to zabawne!), kiedy przypominam sobie pewną panią doktor, która zaproponowała pobranie próbki płynu cieknącego z mojego spuchniętego ucha. Pojawiła się po prostu obok mnie z bawełnianym gazikiem w ręku i chciała go delikatnie włożyć do kanału usznego. Kiedy tylko mnie dotknęła, atak bólu natychmiast przeszył mi ramię, a odruchowy cios niemal miotnął nią na drugi koniec gabinetu! Natychmiast zrozumiała, że nie żartowałam, mówiąc że to BARDZO boli! Dla tych, którzy myślą, że jestem marudą, podkreślę, że miałam już wtedy czwórkę dzieci, a podczas jednego z porodów miałam rozszczepianą miednicę - niewyobrażalna męka - i ani razu nie podniosłam głosu, nie wydałam żadnego jęku, nic poza cichym, dyskretnym szlochaniem. W mojej rodzinie ból był znoszony z godnością, bez narzekania. Na pewno nie uderzyłabym tej lekarki, gdyby z większą troską podeszła do mojego problemu.

Moim sposobem na poradzenie sobie z tym wszystkim była medytacja połączona z czytaniem i nieustannym robieniem notatek. Nie zrezygnowałam całkowicie z poszukiwania, jak wszystkie swoje emocje uczynić Umiłowaniem Boga, medytowałam nad tym każdego dnia - czasami częściej niż raz dziennie.

Medytacja jest dla mnie procesem podwójnym. Zauważyłam później, że niektóre ścieżki określają moją metodę jako "medytacja z nasieniem" [albo 'medytacja z zarodkiem', bidża, (ang.) meditation with seed]*. Proces ten naprawdę zaczyna się jako ćwiczenie kontemplacji czy skupienia się nad jakąś ideą bądź obrazem. Wydaje mi się, że jest to dosyć powszechne.

Zrobiłam wtedy spory postęp w swojej praktyce medytacyjnej, jak się później zorientowałam, czytając zaawansowane teksty na ten temat. Oczywiście w tamtym czasie naprawdę nie miałam żadnego podręcznika i nigdy metodycznie nie studiowałam tego tematu, poza czytaniem książek o różnych ścieżkach medytacji jako takich. Niemniej jednak, w wyniku swoich praktyk już po kilku miesiącach byłam w stanie "odpłynąć" nawet na trzy godziny za jednym razem, a po dojściu do siebie zupełnie nie czułam tego upływu czasu. Jedyny problem polegał na tym, że nigdy nie udało mi się STAMTĄD niczego przynieść. Nie miałam też pojęcia, co się działo, gdzie był mój umysł, co robiła moja świadomość i tak dalej. Zauważyłam natomiast, że stałam się spokojniejsza i potrafiłam lepiej sobie radzić z życiowymi trudnościami, ale ciągle się denerwowałam, jednak frustrujący był fakt, że cały ten wysiłek nie przynosił w efekcie niczego choćby trochę bardziej "konkretnego".

Jeśli chodzi o stronę praktyczną, to na ogół medytowałam leżąc na łóżku. Niektórzy nie mogą tego robić, bo mają tendencję do zasypiania, jednak dla mnie nigdy nie stanowiło to problemu. Potrafiłam "odlecieć" w medytacji, "powrócić" jakiś czas później i DOPIERO wtedy iść spać, jeśli praktykowałam w nocy. Generalnie było mi tak niewygodnie w każdej pozycji, że nie zasnęłabym, gdybym wcześniej NIE medytowała.

Pewnej nocy, po bardzo męczącym dniu zmagań z wszystkimi przeciwnościami - nawet nie pamiętam dlaczego, nagle poczułam się strasznie nieszczęśliwa. Być może było to po prostu wynikiem ciągłego bólu, walki by związać koniec z końcem, niepokoju o dzieci i poczucia osamotnienia w małżeństwie - jednak wykorzystywanie wszelkich nieprzyjemności i nieszczęść jako paliwa napędzającego medytację było dla mnie czymś normalnym. Możliwość osiągnięcia uczucia miłości i spokoju w obliczu takich przeciwności losu było częścią wyzwania - i celem.

Położyłam się więc do łóżka i czekałam, aż mój (były) mąż zaśnie. Jego stosunek do obranego przeze mnie kierunku był z pozoru tolerancyjny, ale jeśli tylko wiedział, co robię, zawsze udawało mu się powiedzieć lub zrobić coś, co burzyło całą moją pracę. Jeśli domyślał się, że potrzebuję ciszy do medytacji, wynajdywał sobie coś hałaśliwego czy przeszkadzającego, co właśnie "musiał" zrobić, za co żarliwie przepraszał, po czym dalej robił swoje.

Kiedy zasnął, zaczęłam ćwiczenia oddechowe. Tę część procesu zapożyczyłam ze swojego szkolenia hipnoterapii i było to bardzo przydatne. Oczywiście, później się  dowiedziałem, że zostały one "wypożyczone" na użytek hipnoterapii z pewnych systemów medytacyjnych. Do dziś nie wiem, CO się wtedy stało. Pamiętam jedynie rozpoczęcie fazy oddychania, która poprzedza fazę kontemplacyjną ćwiczenia. Wygląda na to, że nastąpiło coś w rodzaju dużego "przeskoku" czy coś w tym stylu. Następne, co pamiętam, to nagły powrót do świadomości wywołany uczuciem jakiegoś "irytującej zawieruchy" gdzieś w brzuchu. Było to tak silne, że na początku naprawdę czułam to fizycznie - jakby moje organy zaczęły wrzeć i miały zaraz  wybuchnąć. Wyraźnie czułam narastanie tego wrzenia i jak przemieszczało się. Byłam przerażona, że z moim ciałem dzieje się coś szalonego i dziwnego, coś czego zupełnie nie znałam. WIEDZIAŁAM, że musze się wstać z łóżka i wyjść z domu zanim "to" się stanie, choć nie miałam ZIELONEGO POJĘCIA pojęcia, czym to "coś" jest.

Rozpaczliwie trzymałam się za gardło, gdyż czułam zaciskanie się mięśni w gardle, czułam  jak kolejne fale energii parły w górę, jak wydobywające się opary poprzedzające erupcję wulkanu. Wygramoliłam się z lóżka jedną ręką trzymając się ściany, a drugą za gardło, i zaciskałam zęby, żeby to coś, czymkolwiek było, nie wytrysnęło ze mnie niepokojąc mojego (byłego) męża czy dzieci. Byłam pewna, że będę gwałtownie wymiotować!

W pośpiechu wybiegłam na werandę i padłam na stojącą tam kanapę dokładnie w chwili, kiedy zaczęło się to wylewanie.

Żałuje, że nie mogę opisać tego lepszymi słowami, ale po prostu z braku innych, odpowiednich, muszę użyć zwykłego opisu, któremu daleko do oddania istoty i intensywności tego, co się działo. Wybuchłam wstrząsającym szlochem, całkowicie pierwotnym i wydobywającym się gdzieś z głębin duszy, miejsca nie dającego się opisać. Płaczowi towarzyszyły, albo były weń wręcz wtopione, obrazy - wizje - kompletne sceny ze wszystkimi wiążącymi się z nimi emocjami i ukrytym kontekstem, wszystko w jednej chwili. Zupełnie jak w tym "całe życie przemknęło mi przed oczami". Jednak w tym przypadku nie było to sceny z TEGO życia. To było życie po życiu. WIEDZIAŁAM, że byłam tam, uczestniczyłam w każdej scenie, widziałam portrety innych żyć i a ja czułam się wszystkimi tamtymi ludzi.

I łzy! Boże mój! Łzy lały się strumieniami. Nie miałam pojęcia, że fizjologia człowieka jest w stanie wyprodukować tyle płynu w tak krótkim czasie!

Jeśli był to tylko godzinny występ płaczu czy coś tego rodzaju, musiałoby to przejść do historii jako "jedna z tych rzeczy", może coś jak PMS [premenstrual syndrome - zespołu napięcia przedmiesiączkowego]. Lecz to doświadczenie żyło własnym życiem! Trwało dalej, bez przerwy i bez zwalniania, przez ponad pięć godzin! Nie miałam nad tym żadnej kontroli. Kiedy próbowałam to spowolnić, zatrzymać bądź "przełączyć" umysł w innym kierunku, wewnętrzne doznanie erupcji od razu przejmowało władzę, wszystkie mięśnie ciała napinały się i traciłam nad tym wszelką kontrolę. Pozostało mi jedynie siedzieć tam jak jakieś "narzędzie smutku i lamentu" i dosłownie wypłakiwać moje serce nad każdą przerażającą historią, w której  niby uczestniczyłam bądź której byłam naocznym świadkiem. Wydaje mi się, że były tam nawet takie sceny, których byłam po prostu świadoma, ale w nich nie brałam udziału. Niektóre z nich były naprawdę okropne. Zaraza, epidemia, śmierć i zniszczenie. Scena za sceną. W jednej chwili bliscy sobie ludzie, w następnej byli zmiażdżeni albo leżeli w krwawych hałdach ciał. Zachłanność, plądrowanie, rabowanie; rzeki krwi; rzeź, masakra i masowe morderstwa we wszystkich możliwych formach  przelatywały mi przed oczami. Holokaust i piekło. Wściekłość i palący gniew, żądza krwi i furia, mord, gwałt i chaos, wszędzie dokoła, gdziekolwiek spojrzałam. Zło nakładające się na zło, jak poskręcane, rozczłonkowane ciała. Smutek stuleci, niewypłakane łzy tysiącleci, wina, wyrzuty sumienia i skrucha płynęły przeze mnie, roztapiając, rozmrażając i rozpuszczając uciążliwą kamienną skorupę, która więziła moje sparaliżowane serce; wymywając ból razem ze łzami - z oceanem łez.

Podczas uwalniania się tego ogromu skumulowanej winy i smutku wielu pokoleń słyszałam w tle "głos", kojący i uspakajający, monotonnie powtarzający: "To nie twoja wina. Nie ma żadnej winy. To nie twoja wina. Nie wiedziałaś". Zrozumiałam wtedy coś naprawdę głębokiego.

Zrozumiałam, że nie ma "grzechu pierworodnego". Zrozumiałam, że terror i cierpienie jakiego doświadczają ludzie zyjąc tu, na Ziemi, NIE jest rezultatem jakiejś "pomyłki" czy "błędu" czy zaburzenia. To nie jest kara. Nie jest to coś, od czego człowiek może zostać "ocalony", zrozumiałam, że każda scena przerażającego cierpienia i rozdzierającego serce okrucieństwa była REZULTATEM NIEWIEDZY.

Łatwiej będzie to zrozumieć, kiedy pomyślicie o czymś takim jak krucjaty czy Inkwizycja. Możecie prześledzić pokręcone rozumowanie prowadzące od idei Miłości do Boga do pomysłu narzucania tej Miłości innym "dla ich własnego dobra". W skrajnym wypadku może się to skończyć nawet torturami i mordem, przy przekonaniu że się NAPRAWDĘ KOCHA! Zapomnijcie na chwilę o tych, którzy kłamliwie używają tego typu filozofii dla własnych celów i politycznych manipulacji. Pomyślcie przez chwilę o szczerości filozofii stojących za tymi wydarzeniami. Są one oparte na IGNORANCJI. Nawet ci, zdawałoby się żądni zysku i z manią wielkości, w rzeczywistości działali pod wpływem ignorancji - strachu i głodu duszy, którego nie da się zaspokoić. W każdym wypadku jest to ignorancja, różnice dotyczą tylko jej stopnia.

Kiedy ten przepływ energii, obrazy i łzy w końcu zaczęły opadać, poczułam jakby spływał na mnie ciepły balsam, niemal tak lekki jak powietrze i tak słodki, że po dziś dzień pamiętam ten przenikliwie ożywczy dotyk żaru miłości do wszelkiego stworzenia. Ekstatyczne, zachwycające i błogie uczucie. Zatraciłam się w zdziwieniu i zadumie, a zarazem byłam oszołomiona tą wizją świata.

Rezultatem tego wydarzenia był stan przedłużającego się "uniesienia" bądź "miłosnego pokoju", utrzymującego się przez długi czas. Można by powiedzieć, że efekty te odbijają się echem nawet teraz, nigdy więcej nie byłam już bowiem w stanie osądzać innych, bez względu na niegodziwość ich czynów. Widziałam, że całe to tak zwane "zło" i "niegodziwość" były przejawem ignorancji i że nie ma człowieka, bez względu na to jak święty i wzniosły jest w swoim przekonaniu w tym życiu, który nie rozkoszowałby się przelewaniem ludzkiej krwi w innym czasie i miejscu. Pierwotne odrzucenie odpowiedzialności przez Kaina, kiedy to wykrzyknął "Czyż jestem stróżem brata mego?!", dotyczy wszystkich.

Był też inny znaczący punkt. Ignorancja jest WYBOREM i jest to wybór dokonany z jakiegoś powodu - by uczyć się i rozwijać.**

To odkrycie doprowadzoło do następnego - nauczyć się, jak naprawdę wybierać - być w stanie uczyć się, na tym poziomie rzeczywistości, co jest a co nie jest wynikiem ignorancji - co powstaje z prawdy, piękna, miłości i czystości. Rozumiałam jednak, że to jak w słowach Jezusa, że niektóre rzeczy są jasne i lśniące na zewnątrz, a brudne i zgniłe w środku. I nie chodzi mi o to, że uznałam, iż całą tę negatywność należy osądzać - stało się dla mnie jasne, że jest tu po to, żeby się czegoś nauczyć - ale że poczułam głęboką inspirację do odszukana wszystkiego, czego mogłabym dowiedzieć się o tym świecie, żeby jak najlepiej przedstawić to, co stworzone ze światła.

Byłam tak podekscytowana tym "objawieniem", że chciałam iść prosto do kościoła i obwieścić to wszystkim. W owym czasie jedynymi ludźmi, z którymi mieliśmy jakikolwiek kontakt byli członkowie kościoła do którego uczęszczaliśmy. Wpadali czasami, by dowiedzieć się dlaczego w pewnym sensie "odpuściliśmy" sobie i wizyty te były dla mnie okazją do rozmów o moim "odgałęzianiu się" w sensie doświadczeń duchowych. Za każdym absolutnie razem byłam dosłownie karcona za to, że dałam się naciągnąć szatanowi. Rety, ależ byłam naiwna!

Sporo o tym myślałam. Zastanawiałam sie, czy to możliwe, że cały teatr tych wizji i działania pastora, który był wilkiem w owczej skórze mogły być wymyślone i odegrane tylko po to, żeby mnie oszukać. Stanęłam naprawdę przed trudnym dylematem. Z jednej strony, jeśli oni mieli rację i zostałam nabrana, to być może moja dusza jest w niebezpieczeństwie. Jeśli jednak to oni się mylili, a ja miałam rację, to co by to mówiło o całej podstawie Chrześcijaństwa? Jeśli byli w błędzie, jeśli MOGLI się mylić w tak podstawowej sprawie, to jak cokolwiek, co budowali na tych błędnych fundamentach, mogło być racją?

Zmartwiło mnie to, ponieważ w momencie kiedy byłam gotowa "doprowadzić do porządku" moje chrześcijańskie nastawienie, wciąż nie byłam przygotowana do wyrzucenia tego wszystkiego przez okno. To znaczy że mimo wszystko przez wszystkie te lata studiów i badań było ciągle obecne gdzieś w tle. Kiedy doszłam do kwestionowania w ogóle istnienie boga, było to coś innego - zadawałam pytanie. Decydując jednak, że chrześcijaństwo jest po prostu błędne, fundamentalnie błędne - ponieważ jeżeli nie istnieje grzech pierworodny, od którego mamy być zbawieni, to nie ma potrzeby istnienia zbawiciela - to już zupełnie co innego. Oznaczało to konieczność dokonania wyboru.

Rozwiązanie tej kwestii zajęło wiele lat. Zostawmy więc to na razie. Bardziej istotne jest, że od momentu tego doświadczenia nie byłam już w stanie postrzegać grzechu w tym samym świetle. Kiedy czytałam o morderstwach i altach gwałtu, wiedziałam, że były to rzeczy, w których uczestniczyłam w minionych czasach w swojej ignorancji. Kiedy ktoś mnie krzywdził, wiedziałam, że wcześniej sama krzywdziłam innych. Nie czułam już w sobie osądzania czy krytykowania czegokolwiek bądź kogokolwiek, ponieważ wiedziałam, że osądzałabym samą siebie w pewnym miejscu i czasie. Był to proces uczenia się, a ja rozwijałam się z każdym doświadczeniem. Dzięki temu uczyłam się, czego NIE robić. I naprawdę to właśnie jest powodem bólu i cierpienia. To coś w rodzaju automatycznego systemu naprowadzania, utrzymującego człowieka na ścieżce uczenia się. Sztuka polega na tym, żeby być w stanie dostrzegać różnicę w wyborze pomiędzy ścieżką dającą bezpośredni komfort fizyczny i prowadzącą dalej do ogromnego psychicznego lub duchowego bólu, a ścieżką, która może być tymczasowo fizycznie niewygodna, lecz potem prowadzi do spokoju serca.

W pewnym sensie można chyba powiedzieć, że wypełniłam znaczną część celu "ścieżki miłości", lecz nie było to takie proste. Wciąż byłam zwyczajnym człowiekiem, starającym się funkcjonować w "realnym świecie", z realnymi dziećmi i borykającym się z realnymi wydarzeniami codziennego życia, i musiałam znależć swego rodzaju punkt równowagi pomiędzy świadomością, że każdy znajduje się w jakimś punkcie swojego procesu uczenia się, a unikaniem bycia częścią cudzych lekcji. Zajęło to trochę czasu. Gdybym nie miała dzieci, mogłabym po prostu wycofać się ze świata i spędzić resztę życia na starannej kontemplacji i powtarzaniu ekstatycznych ćwiczeń.

To co właściwie wydarzyło się wtedy w "realnym świecie" praktycznych spraw, było serią zdarzeń, które można by uznać za mniej więcej zwyczajne, lecz w świetle poprzedniego biegu wydarzeń w połączeniu z moim stanem wewnętrznym i działaniami można też przyjrzeć się temu w bardziej "cudownym" świetle. Można by nawet powiedzieć, że były one bezpośrednim odbiciem zmian w moim postrzeganiu.

Niespodziewanie mój (ex)mąż otrzymał odpowiednią ofertę pracy. Stało się tak, ponieważ mężczyzna który ją zaoferował, stwierdził, że potrzebuje pomocy w prowadzeniu swojej firmy, ponieważ "nagle" postanowił ją rozwinąć i zdał sobie sprawę, że sam sobie nie poradzi. Pomyślał właśnie o moim mężu, popytał wkoło, by dowiedzieć się, gdzie się przeprowadziliśmy i przyjechał na odludzie, żeby złożyć tę ofertę. Wtedy nie skojarzyłam jeszcze tych zewnętrznych wydarzeń ze "zmianami" swojego stanu, z pewnością jednak byłam wdzięczna. Tak więc główne problemy związane z życiem z dnia na dzień były rozwiązane.

Następnie przyjaciel, będący właścicielem firmy posiadającej dużą liczbę ciężarówek zdecydował, że czas kupić nowe, być może po to by odpisać je od podatku dochodowego i zaoferował nam sprzedaż jednej (z bardzo małym przebiegiem) za mniej niż jedną piątą ceny rynkowej.

Powiększyliśmy naszą "chatkę" podwajając przestrzeń życiową, zainstalowaliśmy prąd, hydraulikę i ogólnie wróciliśmy do "prawdziwego świata". Oczywiście do tego czasu musiałam juz sprzedać pianino oraz biżuterię, którą latami dostawałam od przyjaciół i rodziny zanim wyszłam za mąż. Gdyby nie to, czasem nie mielibyśmy co jeść albo nie byłoby Bożego Narodzenia dla dzieci.

Wznowiłam prowadzenie hipnoterapii, która została była porzucona podczas "podróży wiary" oraz rozpoczęłam naukę technik uwalniana od duchów.

W tym samym czasie moja matka "przebudziła sie" spod działania "uroku" i zdała sobie sprawę, jak strasznie postępowała. Było już za późno na uratowanie biznesu i posiadłości, która została sprzedana, żeby uszczęśliwić jej "przyjaciela", ale przepisała mi z powrotem dom, który odziedziczyłam po dziadkach i z którego nas eksmitowała parę lat wcześniej, po śmierci mojej babci. W międzyczasie go solidnie zastawiła, więc nie wydaje mi się, żeby jej motywy były całkowicie bezinteresowne, jedyne bowiem, co mi zostało, to sprzedać dom. Na szczęście mogłam wykorzystać pozostałe po spłacie długu fundusze, które wystarczyły na kupno dostatecznie dużego domu dla naszej powiększającej się rodziny. Ale to nie jest istotne, więc zostawmy to.

Tuż przed przeprowadzką stało się coś jeszcze. Jakieś trzy lata po narodzinach mojego czwartego dziecka moja stara przyjaciółka, która obserwowała wydarzenia mojego życia z boku bez osądzania i komentarzy, zdecydowała, że muszę "uciec" od tego wszystkiego i troszkę odpocząć. Nigdy nie byłam z dala od moich dzieci dłużej niż parę dni - jeśli już, to głównie w szpitalu - i czułam się nieswojo z tym pomysłem, choć ciężko było się oprzeć tym "wakacjom".

Moja przyjaciółka i jej mąż byli właścicielami domu wypoczynkowego w Północnej Karolinie i kiedyś byliśmy przez dość długo zaangażowani w pracę Al Minera, który czanelingował istotę nazywającą siebie "Lama Sing". Właśnie miało się odbyć w Maggie Valley spotkanie wielu osób zainteresowanych tą pracą , zorganizowane przez lekarza i jego żonę, bliskich przyjaciół Ala. Miały odbyć się wykłady, grupowe medytacje, posiłki i tak dalej. Wyglądało to nie tylko na zabawę, lecz również na drogę ku "czemuś", choć nie byłam pewna ku czemu. Zgodziłam się pojechać.

Na "sympozjum" wszystko przebiegało tak, jak można było się spodziewać przy takiej okazji. Ludzie twierdzili, że widzą aury, przechadzali się z zachwytem na twarzach, wygłaszali mądre tezy na temat "obecności wspaniałej energii", a rozmowy były żywe i interesujące.

Następnie żona doktora - wspólnie sponsorowali i zorganizowali tę imprezę - która, jak mi się wydaje, była psychoterapeutką bądź konsultantką w kwestii jakichś zdolności, opowiadała o ludziach, którzy podchodzili tam ze swoimi "reinkarnacyjnymi wspomnieniami" holokaustu. Wywarło to na mnie niesamowite wrażenie i wywołało niekontrolowany wybuch płaczu. Musiałam wyjść i przeczekać w damskiej toalecie, dopóki nie skończyła. Naprawdę myślałam, że tracę panowanie, NIC bowiem dotąd nie poruszyło mnie do tego stopnia publicznie! Kurcze, nie tylko NIE okazuję otwarcie uczuć w obecności innych ludzi, nawet nie tańczę w miejscach publicznych, zawsze bowiem czułam, że - w moim przypadku - nie wypada!

Ostatniego dnia sympozjum dopadł mnie ból głowy. Kiedy moja przyjaciółka wyszła, żeby dołączyć do medytującej grupy, zostałam w przyciemnionym pokoju motelowym z zimnymi ręcznikami i lodem na głowie, próbując zmniejszyć opuchliznę. Na szczęście tym razem do rana ból zelżał na tyle, że mogłam się spakować i normalnie funkcjonować na pożegnalnym śniadaniu.

Podczas śniadania jedna z pań, siedzących przy naszym stoliku, napomknęła, że sukienka, którą według niej miałam na sobie poprzedniego dnia podczas medytacji, była BARDZO ładna. Spojrzałam na nią zaskoczona I powiedziałam, że nie byłam tam, bo źle się czułam. Ponownie spojrzała na mnie i dodała: "Widziałam cię wyraźnie i na pewno się NIE mylę!".

Moja znajoma zapewniła ją, że byłam w łóżku, więc spojrzeliśmy po sobie i po chwili niezręcznego milczenia pogawędka rozpoczęła się na nowo. Jednak całkiem mnie to zdezorientowało.

W trakcie sympozjum poznaliśmy dwie panie, które choć w podeszłym wieku, były bardzo rześkie, rozrywkowe i zabawne w rozmowie. Jedna z nich miała trochę praktyki w hipnozie i zaawansowanych technikach medytacji, więc razem z przyjaciółką zastanawiałyśmy się nad zaproszeniem ich do jej domku letniskowego, gdzie planowałyśmy się zatrzymać na parę dni przed powrotem do domu. Zgodziły się na fajną wspólną zabawę, wyprawę po skałki do jednej z lokalnych "sztolni" i ogólnie na taki "babski wieczór".

Po całym dniu jazdy w stronę gór dotarłyśmy do odosobnionego domu położonego na końcu starej przecinki, na skraju Lasu Narodowego Nantahela. Było to zupełnie spokojne i rozkoszne miejsce, idealne dla naszych "eksperymentalnych" medytacji.

Nasza nowa przyjaciółka (nazwijmy ją June) zamierzała poprowadzić medytację "z przewodnikiem", przy akompaniamencie muzycznych "nastrojowych dźwięków" z taśmy. Znalazłyśmy sobie wygodne miejsca i rozpoczęły się instrukcje. Pamiętam, że poddałam się części z oddychaniem i "dostrajaniem" się do muzycznych tonów, jednak od tego momentu moja wewnętrzna świadomość miała chyba swoje własne plany.

Poczułam, jak unoszę się nad swoje ciało i "hooop"! Nagle jakbym "lewitowała" twarzą do skały przed jakąś wysoką górą. Było tam coś w rodzaju "pęknięcia" czy szczeliny. Wiedziałam, że niewiele osób mogłoby przedostać się przez ten wąski przesmyk, a próba przeciśnięcia się nie będąc "jedną z nich" może zakończyć się "szokiem". Zdecydowałam się jednak spróbować. Można powiedzieć, że z wolicjonalnym zamiarem "wycelowałam" i następną rzeczą, jaką wiedziałam, było to, że wyłoniłam się po drugiej stronie, na skraju pięknej doliny. Były tam łąki pełne zielonej trawy i polnych kwiatów o niesamowitej luminescencji i "żywotności". Trawy falowały na wietrze w tę i z powrotem, wyglądało to jakby wiatr "świadomie" pieścił trawę, a falowanie trawy było "świadomą" odpowiedzią na te pieszczoty, podobnie jak mruczenie kota jest odpowiedzią na głaskanie.

Stwierdziłam, że mam coś w rodzaju ciała, i zaczęłam iść przez tę trawę, która "przyjmowała" moje kroki, pieszcząc stopy i nogi, zlewające się z nią przy każdym kolejnym kroku. Zdawało się, że to raczej ona "przepuszcza mnie dalej", a nie ja "idę" przez nią. Przede mną, w niewielkiej odległości, po drugiej stronie rzeczki stał namiot w paski, a umieszczone na słupach proporce powiewały w "świadomie pieszczącej" je bryzie. Wiedziałam, że zmierzam w stronę namiotu, choć nie miałam uczucia w stylu "powinnam tam iść". Byłam ciekawa, jakie to będzie uczucie, kiedy wejdę do wody w rzece.

Spojrzałam na krystalicznie czystą i mieniącą się w w blasku "światła słonecznego" wodę, choć wydawało się, że na niebie nie było słońca. Można by powiedzieć, że skaczące i tańczące na wodzie refleksy były czymś w rodzaju "świadomej" zabawy tego otaczającego, intensywnego światła i samej wody.

Wchodząc do wody spostrzegłam, że jestem bosa i mam na sobie coś w rodzaju pasiastej "wierzchniej togi" założonej na białą, spodnią szatę, trzymałam je podciągnięte ponad powierzchnię wody. Byłam zaskoczona czując bystry prąd rzeki dający jednocześnie uczucie "zlewania się" z moimi stopami. Doznanie to można opisać jedynie jako "rozkoszne" dla mych stóp! Urzekały mnie mieniące się kolorami jak klejnoty kamienie na dnie rzeki. Były gładkie i połyskiwały w rytm przepływającej nad nimi wody. Przeszłam przez rzekę ze świadomością, że to intensywne przeżycie ma jakieś głębokie znaczenie. Kiedy dotarłam na drugi brzeg, poczułam zadowolenie, jakbym zdała jakiś test, ale czułam też żal, że to doświadczenie dobiegło końca.

Podeszłam do namiotu, gdzie pod jego "przedsionkiem", na dywanie rozścielonym na trawie siedziało dwóch mężczyzn. Byli ubrani tak samo jak ja. Pasiasty wzór na namiocie był identyczny z tym na mojej "wierzchniej szacie", paski były czerwone, białe i czarne z powtarzającą się cienką lazurowo-błękitną krawędzią na każdym pasku. Jeden z mężczyzn przemówił do mnie: "Czekaliśmy długo. To wielka radość widzieć cię ponownie".

Z jakiegoś powodu nie zaskoczyło mnie to. Odnosiłam wrażenie, że to "spotkanie" było zaplanowane długi "czas" temu. Ukłoniłam się, odpowiadając na powitanie. Wtedy ten drugi powiedział: "On jest w środku". To też nie było zaskoczeniem. Schyliłam głowę wchodząc do namiotu, w środku stał mężczyzna, starszy mężczyzna ze skórą "młodą" i opalizującą jak porcelana. Na mój widok na jego twarzy odmalowała się pełnia szczęścia i satysfakcja. Ze łzami w oczach objął mnie mocno i pocałował w oba policzki. "Najpierw podzielimy się chlebem" - powiedział. I znów nie było to dla mnie zaskoczeniem, nie zadałam sobie nawet pytania, co znaczy "najpierw", chociaż nie wiedziałam tego!

Usiedliśmy przy stoliku na małym dywanie rozścielonym na ziemi pod w środku namiotu. Dwóch mężczyzn z zewnątrz weszło z misami pełnymi chleba i mleka. Na stole stał już złoty kielich wypełniony czymś w rodzaju wina. Ogromny bochen chleba został przez starszego mężczyznę podzielony na równe części i każdy z nas dostał jedną z nich. Zamaczaliśmy je w mleku i jedliśmy. Następnie mężczyzna przesunął ręce nad kielichem, uniósł go, dmuchnął nań, napił się i podał mi. W tym momencie zdałam sobie sprawę, że wszyscy patrzą na mnie i wiedziałam, że napicie się było kolejnym testem. Wypiłam i na ich twarzach pojawił się wyraz szczęścia.

Potem starszy mężczyzna wstał i przeszedł przez drzwi do "wewnętrznego" pokoju w namiocie i wiedziałam, że powinnam pójść za nim. Tak zrobiłam. Była tam złota skrzynka wielkości dużego pojemnika na chleb. Mężczyzna podszedł do niej, otworzył i wyciągnął z niej duży naszyjnik. Ten naszyjnik był najdziwniejszą rzeczą, jaką kiedykolwiek widziałam. Składał się z serii złotych kulek od małych do coraz większych, ułożonych jak sznur pereł, z tym że najmniejsza była wielkości szklanej kulki do gry, a największa, środkowa, wielkości piłeczki do ping-ponga. Zawieszony po środku złoty obiekt wysadzany był sporym kamieniem. Część figury składała się z dwóch spiralnych rogów, podobnych do rogów Barana, przymocowanych do tej samej strony płaskiej powierzchni co kamień. Owa płaska powierzchnia była dziwna, jednocześnie "okrągła" i "trójkątna". Jak to możliwe, nie potrafię powiedzieć, ale tak było. Jej "okrągłość" zdawała się być jakoś związana z kamieniem, który był owalny jak połówka ping-ponga. Jednak tym, co mnie zafascynowało, były cechy kamienia. Wyobraźcie sobie kombinację diamentu i opalu, a będziecie mieli jakieś wyobrażenie, jak on wyglądał. Mleczny i zarazem krystaliczny, iskrzący ogniem i kolorami jak opal, a jednocześnie oślepiający i krystaliczny jak diament. "Żywa natura" tego kamienia była oczywista, a ja czułam przed nim respekt.

Starszy mężczyzna odwrócił się i przyglądał mi się długo i uważnie - szukając czegoś w moich oczach. Trzymając oburącz naszyjnik zawieszony w powietrzu, w końcu powiedział: "Rozumiesz?" Odpowiedziałam: "tak". Zrozumienie, które natychmiast mi się "objawiło", mówiło, że zaakceptowanie przeze mnie tego kamienia będzie miało swoje "konsekwencje". Konsekwencje polegające na tym, że jakikolwiek przejaw fałszu we mnie "włączy" mnie i zniszczy narzędzie, którym się posługuję, czyli fizyczne ciało mojej obecnej inkarnacji. Nawet gdyby fałsz był niezamierzony, to nie ma znaczenia. Zostałam zobowiązana do szukania i mówienia wyłącznie prawdy, bez żadnej tolerancji dla subiektywnego "myślenia życzeniowego".

Wraz z tym zrozumieniem przeszła na mnie ogromna odpowiedzialność i ryzyko, które zaakceptowałam. Było to otrzeźwiające, budzące respekt, a nawet trochę strach, lecz ten szybko minął. "Akceptujesz?" - zapytał starszy mężczyzna. "Akceptuję" - odpowiedziałam i pochyliłam głowę by przyjąć kamień. Ostrożnie zawiesił mi go na szyi, dopasowując naszyjnik tak, żeby kamień spoczął dokładnie na wysokości mojego mostka.

Uściskano mnie ponownie i wypuszczono z wewnętznego do zewnętrznego pomieszczenia, gdzie czekali dwaj pozostali mężczyzni. Gdy zobaczyli kamień, ich twarze pojaśniały radością, a oni złączyli ręce i pokłonili się, kiedy przechodziłam. Wiedząc, że nie mogę już rozmawiać w tym świecie, pożegnałam ich wzrokiem.

Kolejną rzeczą, jaką pamiętam, był słyszany z oddali głos June, wołającej mnie wielokrotnie po imieniu. Wystrzeliłam przez szczelinę w skale jak rakieta i znalazłam się nad górą, gdzie mieścił się dom, w którym było moje śmiertelne ciało. Chwilę później byłam już w swoim ciele, jakbym wyłoniła się z ciemnego tunelu na światło tego świata. Otworzyłam oczy, a przyjaciółki patrzyły na mnie i śmiejąc się z tego że, "zasnęłam"!

Próbowałam powiedzieć, że przydarzyło mi się coś niezwykłego, lecz słowa mnie zawiodły. Stwierdziłam, że tak naprawdę nie potrafię opisać tego doświadczenia inaczej jak tylko w najbardziej prozaicznych terminach, a one miały z tego świetną zabawę, postanowiłam więc, że nie będę o tym mówić i zatrzymam większość dla siebie. Kiedy próbowałam opisać kamień, przyjaciółki pytały, czym on był, a jedyną rzeczą, jaka przychodziła mi do głowy, była jego nazwa - Mówiący Kamień.

Powinnam wspomnieć, że zaraz po rozpoczęciu praktyk medytacyjnych zaczęłam doświadczać dziwnych anomalii. "Rzeczy" pękały w mojej obecności, bez żadnej wyraźnej "przyczyny". Szklanki, lampy naftowe (pamiętacie, przez jakiś czas mieszkaliśmy bez elektryczności) i tym podobne. Starałam się wytłumaczyć to "gwałtownymi zmianami temperatury", jak się to zdarza, kiedy wlejemy wrzącą wodę do szklanki, lecz nie miało to sensu latem, kiedy szklanki były puste, a lampy naftowe stały nieużywane całymi dniami. Kolejna rzecz do zmiecenia pod dywan.

W drodze powrotnej z gór myślałam o kamieniu i o tym, jak przy tych "warunkach" nałożonych na moje życie poradzę sobie w relacjach z (ex)mężem i w tym momencie tylna szyba nowego samochodu mojej przyjaciółki eksplodowała z hukiem głośnym jak strzał z armaty. Obie byłyśmy tak zaskoczone, że ona gwałtownie wcisnęła hamulec i szybko rozejrzałyśmy się wkoło. Ona spojrzała w lusterko wsteczne, a ja obróciłam głowę i obie w tej samej chwili zobaczyłyśmy popękaną szybę. Była całkowicie mleczno-biała, z fakturą jak w hartowanym szkle, kiedy pęka rozpryskując się na małe "kuleczki". W tej samej chwili zaczęło padać. Rozejrzałyśmy się, ale w zasięgu wzroku nie było widać żadnego innego samochodu, ani żadnego miejsca, z którego mógłby być wystrzelony pocisk. Wyglądało na to, że w zasadzie nie było żadnego "punktu trafienia". Okno było wciąż w jednym kawałku, choć całkowicie matowe, pokryte pęknięciami. Nic nie było przez nie widać.

Świetnie! Mamy do przejechania jakieś 400 mil z popękaną tylnią szybą i stertą bagaży i pamiątek na tylnim siedzeniu! Jednak szyba wciąż jako tako się trzymała, więc powoli jechałyśmy dalej. W pewnym momencie postanowiłyśmy dokładnie sprawdzić, jak wygląda sprawa, więc zjechałyśmy na najbliższą, nieczynną stację benzynową. W momencie, kiedy uderzyłyśmy w krawężnik, cała szyba rozleciała się na tysiące kawałeczków i wylądowała na tylnim siedzeniu!

No cóż, nie miałyśmy dużego wyboru, pozostało nam jedynie znaleźć miejsce na nocleg, przykryć czymś samochód do rana po czym wyruszyć dalej w trasę. Znalazłyśmy motel, w którym właściciel uprzejmie zgodził się przechować auto we własnym garażu, a następnego dnia pojechałyśmy do najbliższego miasta, gdzie znalazłyśmy mechanika.

Auto zostało naprawione, ale mechanicy byli całkowicie skołowani. Nie porafili wytłumaczyć, dlaczego szyba nagle pękła.

Niedługo po powrocie do domu, wydarzył się podobny incydent. Mieliśmy już nową sypialnię w naszej "chatce", która dzięki temu stała się domem, a pokój miał z dwóch stron okna z wielkimi szybami 4 na 6 stóp. Domek stał w środku zagajnika i wyglądało to tak, jakbyśmy mieli lasek "wewnątrz". Wezgłowie łóżka ustawione było przy jednej ze szklanych ścian i bardzo cieszył mnie ten pokój, zwłaszcza kiedy padało.

Medytowałam w łóżku, kiedy do domu wszedł mój (ex) mąż, zapominając o przytrzymaniu drzwi, żeby zapobiec ich głośnemu zatrzaśnięciu przez przymocowaną do nich sprężynę. Kiedy drzwi się zatrzasnęły, poczułam wewnętrzne "szarpnięcie" i następne co pamiętam, to że okno u wezgłowia łóżka eksplodowało dokładnie w taki sam sposób jak tylnia szyba samochodu kilka miesięcy wcześniej. Tak jak poprzednio, szkło było hartowane. Drobinki szkłą zaczęły spadać, najpierw powoli, a po chwili wszystkie na raz runęły na mnie.

Nie muszę mówić, że mój (ex) mąż zaczął bardziej uważać by nie "deptać mi po odciskach". I tak już martwił się dziesiątkami potłuczonych wcześniej szklanek i lamp naftowych, jednak tym razem sprawa nabrała nowego wymiaru. Kurcze, kto wie? Może myślał, że jestem jakąś wiedźmą! W każdym razie stworzyło to między nami duży dystans, ponieważ to go przerażało.

Muszę przyznać, że czasem sama się trochę bałam. Nie wiedziałam, co się ze mną i wokół mnie dzieje. Wiedziałam jedynie, że jestem na jakiejś "ścieżce" i mogę robić jedynie to co robię, ponieważ robienie czegoś innego było jakoś dziwnie niemożliwe. Myślałam o tym jak o "chodzeniu po wodzie". W wyobraźni widziałam siebie na środku niezmierzonego oceanu. Była tam jakaś ścieżka przeznaczona dla mnie, jednak każdy krok był zarówno aktem wiary, jak i rozsądnym wyborem jednej z możliwości. Jakoś dobrze wiedziałam, gdzie znajdują się "podpórki" ukryte tuż pod powierzchnią wody, jednak nie wolno mi było ich zobaczyć, dopóki nie wykonam kolejnego kroku. Wiedziałam, że w każdej chwili może sie okazać, że NIE trafiłam na podpórkę i pogrążam się w falach.

To tyle, jeżeli chodzi o dziwne doświadczenia medytacyjne.

Przeskoczmy teraz o parę lat do przodu, do wydarzeń opisanych w "Amazing Grace" i w artykule zamieszczonym w St. Pete[rsburg] Times, kiedy to przechodziłam przez "doświadczenie przebudzenia" z Czarnymi Latającymi Bumerangami - kolejną wielką wewnętrzną przemianę. Czytelnik zauważy, że żadne pojedyncze doświadczenie nie było "ostatnim słowem". Wszystko odbywało się etapami i stopniowo, przez wiele lat. To, rzecz jasna, znaczy, że proces ten jest nadal w toku. Jak już pisałam w "Amazing Grace", mój system fizyczny kompletnie się wtedy załamał. Mój poziom funkcjonalności był niepewny przez lata, a teraz stał sie najważniejszym problemem.

Nadal siłą woli zmuszałam sie do funkcjonowania (droga fakira?), jednak stopniowo zaczynało być coraz gorzej I wiedziałam, że jeżeli coś się nie zmieni, to umrę. Wiedziałam, że umrę, bo wskutek nieustannego bólu stopniowo słabła mi wola. Nie mogłam ustać na nogach dłużej niż pięć minut, ponieważ ból miednicy i dolnej części pleców doprowadzał do skurczu wszystkich mięśni, który kończył się całkowitym rozkurczem, kiedy mięśnie odmawiały jakiejkolwiek współpracy. Obejmowało to mięśnie, które są odpowiedzialne za unoszenie ciała i biorą udział w zmianie pozycji z siedzącej na stojącą oraz odpowiedzialne za unoszenie nóg w trakcie chodzenia, więc wszystkie te czynności - niezwykle pospolite - były niewykonalne. Potrzebowałam pomocy przy siadaniu i wstawaniu z krzesła, łóżka, w łazience itd.

Jednakże, jak długo siedziałam nieruchomo i nie próbowałam się poruszyć, czułam się dobrze. Poza tym mój mózg nie umarł, więc wciąż czytałam i uczyłam się żeby go czymś zająć, kontynuowałam też sesje hipnotyczne. Mój (ex)mąż uważał, że "symuluję." Narzekał, że robię to co "lubię" np. czytam, prowadzę dla innych sesje hipnotyczne, ale nie robię nic dla niego, to znaczy nie zaspokajam jego potrzeb fizycznych. Byłam tym dotknięta i głęboko zraniona, bo gdyby nie czytanie i moja praca, czułabym się kompletnie bezużyteczna, byłabym jak warzywo. Zdarzało się, że marzyłam, żeby nie mieć rodziny, która byłaby pokrzywdzona lub zraniona gdybym to wszystko po prostu skończyła. Niedokrwienie serca było tak stałą dolegliwością, że miewałam fantazje o szaleńcu z siekierą, który włamuje się do domu i odrąbuje mi rękę, tym samym przynosząc mi ulgę. Lekarz był tym tak zakłopotany, że w końcu zasugerował, że może to po prostu uszkodzenie nerwu i być może operacja cieśni nadgarstka by pomogła. Oczywiście nie wyjaśnił mi dlaczego ból utrzymywał się w górnych partiach ramion i w okolicach klatki piersiowej, ale bądź tu mądry. Byłam zdesperowana, więc poszłam na operację.

Kiedy obudziłam się po zabiegu, który miał się odbyć na LEWYM nadgarstku, OBA nadgarstki miałam zabandażowane na kształt rękawic bokserskich. Byłam kompletnie przerażona! Jak mogłam cokolwiek robić takimi rękoma? A ból był zbiżony do najsilniejszego, jaki kiedykolwiek czułam. Gorszy niż przy porodzie, tej samej kategorii co bóle głowy czy infekcje ucha. Nie byłam na to przygotowana. Poza tym ból nie minął jak obiecywał lekarz. Operacja nie pomogła także na ból w ramionach. Było więc gorzej niż przedtem; teraz byłam już prawie całkiem bezradna. Nie miałam nawet siły przekręcić gałki w drzwiach, odkręcić słoik czy obrać ziemniaka. Nie mogłam podnieść garnka z kuchenki, nie potrafiłam nawet utrzymać ołówka czy długopisu dłużej niż minutę, żeby nie dopadł mnie agoniczny skurcz, który zamieniał moją rękę w drżący, skurczony szpon żywcem wyjęty z horroru. Zapomnij o grze na pianinie. To się miało już więcej nie zdarzyć.

Było to dość przygnębiające. I z jakiegoś powodu mój (ex)mąż czerpał jakąś perwersyjną przyjemność z torturowania mnie w tej sytuacji. Stale mi dawał do zrozumienia, że jeżeli chcę, aby coś było zrobione, to muszę sama wykombinować jak to zrobić.

Sytuacja "poprawiła się" więc na wiele sposobów, odzwierciedlając zmianę wewnętrznego stanu, lecz najwyraźniej do zrobienia było o wiele więcej. Nie miałam pojęcia, co trzeba zrobić, nie byłam nawet wstanie uzmysłowić sobie, że właśnie to się działo. Byłam świadoma faktu, że ciało odzwierciedla w pewien sposób "stan ducha" - warunek "Mówiącego Kamienia" - ale starając się ze wszystkich sił, nie potrafiłam odnaleźć drogi do uleczenia swojej duszy, tak żeby ciało również zaczęło się uzdrawiać. Wyobrażałam sobie jedynie, że musi istnieć coś więcej, coś głębszego, coś, czego nie dostrzegałam. Wiedziałam, że częściowo winna jest moja ignorancja, ale w czym byłam ignorantką? Co, na miłość boską, robiłam źle?!

Wydawało się, że osiągnęłam stan miłości i akceptacji w stosunku do wszystkich ludzi, wszystkich ścieżek i wszystkich tych, którzy zmagali się w ignorancji. Pracowałam tak ciężko, jak tylko mogłam (robiłam całkiem sporo, nawet w tym pogarszającym się stanie fizycznym), żeby coś "ponaprawiać" tym, którzy o to prosili. Nigdy nie odrzuciłam prośby o pomoc, niezależnie od tego, czy ktoś był w stanie cokolwiek mi zapłacić, czy nie. Nie "zajmowałam się tym dla pieniędzy". W pewnym sensie byłam w tak samo ciężkiej sytuacji jak wtedy, gdy "głos" powiedział mi, że muszę "uczyć się" o złu. No to starałam się. Starałam się uczyć, jak je rozpoznać. To, czego nie wiedziałam i czego miałam się dopiero nauczyć, był fakt, że bardzo często to, co manifestuje się jako światło i prawda, nie jest żadnym z nich. W rzeczywistości często dajemy się oszukać naszej własnej głupocie. Była to wciąż "nieprzerobiona" część "lekcji o miłości". Nauczyłam sie już, że duże organizacje religijne mogą być drogą do destrukcji, nie wiedziałam jednak, jak subtelne i pokrętne potrafi być to oszustwo i jak przejawia się ono w indywidualnych przypadkach.

Na początku 1994 roku odbyłam rozmowę z Frankiem, kiedy to wymienił mi ciąg dziwnych, synchronicznych a nawet cudownych zdarzeń, które przywiodły mnie do punktu, w którym się wówczas znajdowałam. Przytoczył krok po kroku całą historię mojego życia, którą dobrze znał, aż do ostatnich kilku lat, kiedy niezwykłość i synchroniczności narosły do takiego poziomu, że czułam się, jakbym żyła w domu wariatów, gdzie nie rządzi już normalna rzeczywistość, a tak wcześniej solidny fundament mojego systemu przekonań zaczął się kruszyć pod stopami. Z każdym wymienianym przez niego punktem czułam się, jakby kolejna fala podmywała moje fundamenty wzniesione na piasku, a ja tonęłam w bagnie kompletnego obłędu. Co zrobić z życiem, które stoi na krawędzi dziwności, której ani nie chcesz doświadczać, ani utrwalić?

Po przeglądzie większej części mojego życia, Frank doszedł do nie tak dawnych wydarzeń i wskazał, jak wraz z pierwszą moją sesją dotyczącą "porwania" pojawiły się obiekty UFO, co wyraźnie było niezwykłym zjawiskiem. Nie każdy, kto być może został uprowadzony, przyciąga pod wpływem hipnozy całą zgraję UFO. Pytanie, czy to uprowadzonym, czy terapeutą byli zainteresowani mieszkańcy ufolandii? Nie podobał mi się kierunek, w którym zmierzała ta rozmowa. Potem wskazał na oczywisty (dla niego) związek pomiędzy pogorszeniem się mojego stanu fizycznego a moim spotkaniem z UFO. Kiedy zaprotestowałam, mówiąc że to może nie mieć ze sobą żadnego związku, zwrócił moją uwagę na to, jak mój pies cierpiał i w krótkim czasie zakończył życie wkrótce po tej "ekspozycji", i jak nasilanie się moich symptomów zawsze zbiegało się w czasie z nocami, podczas których przybywało UFO. Czym mogłam wytłumaczyć ten drobny fakt? Nie miałam pojęcia.

Frank miał teorię, że cały ten dramat ostatnich czasów, który rozprzestrzenił się na kilka krajów i objął dziesiątki ludzi, większości których nie znałam, był "ustawiony" specjalnie po to, by zwrócić moją uwagę. By mnie obudzić.

NIE podobał mi się kierunek, w jakim zmierzała ta rozmowa. Tak jak nie podobała mi się ta mokra koszula nocna i dziwne światła, naprawdę najchętniej zmiotłabym to wszystko pod dywan.

"Dlaczego jaaaa?" - jęczałam. Na samą myśl o tym czułam ogromny ucisk na klatkę piersiową ("Mówiący Kamień"?). "Co mam ROBIĆ?!"

W tym momencie Frankowi skończyły się teorie. "Nie mam pojęcia" - powiedział. "Pokazuję ci tylko to, co oczywiste. Wygląda na to, że reszty musisz się sama domyślić".

Pamiętam dobrze moment, kiedy tamtej nocy siedziałam na łóżku i myślałam o tych dziwnych "wskazówkach" i że jest coś głębszego od naszej rzeczywistości, coś na co przez te wszystkie lata mojej pracy i badań nie wpadłam. Problem jedynie w tym - co w przejawie próżności wytknęłam Bogu - że byłam zbyt chora, żeby cokolwiek robić. "A niech Cię...!" - powiedziałam do niego. "Jeżeli kiedykolwiek było coś, co chciałeś żebym robiła, to zbyt długo i za mocno cierpieć! Ot co!" i mentalnie pokazałam Mu język na znak nieposłuszeństwa i oburzenia.

Oto byłam, tak niesprawna jak tylko człowiek może być, żeby wciąż jeszcze jakoś funkcjonować. Jednak momentalnie zawładnęło mną wszechogarniające poczucie kryjącej się za tym wszystkim "celowości" i zaczęłam żałować dziecinnego oporu. Przystałam więc na to, zaakceptowałam całą sytuację i powiedziałam Bogu, że jeżeli wszystkie te rzeczy zostały zaplanowane po to, żeby zwrócić moją uwagę, to faktycznie się udało, jednak byłam za słaba, żeby podjąć to wyzwanie. "Jeżeli mam cokolwiek z tym ZROBIĆ, musisz mnie podreperować" - powiedziałam. "W takim stanie do niczego się nie nadaję".

W ciągu dwóch tygodni - dokładniej po jakichś 10 dniach - znalazłam Reiki. Albo Reiki znalazło mnie.

--

Przypisy:

* (en) meditation with seed na forum cassiopaea

* (pl) medytacja bidża (zaczerpnięte stąd):

W jodze istnieją, najogólniej rzecz ujmując, dwa rodzaje medytacji. Pierwsza to tzw. bidża - medytacja z zalążkiem lub nasieniem. Polega ona na tym, że medytujący wybiera sobie jakiś przedmiot jako obiekt ćwiczenia i przedmiot ten traktowany jest jako "jądro" naszej medytacji. Ze skupioną uwagą obserwujemy treści, które on ewokuje, nie pozwalamy jednak żadnym skojarzeniom rozproszyć naszego stanu skupienia. Taka medytacja jest próbą "wniknięcia" w strukturę i istotę przedmiotu, dociekania, poznawania tego przedmiotu, w ciszy wewnętrznej, bez napięcia i podejścia ambicjonalnego. Medytacja z zalążkiem to pewnego rodzaju "ograniczenie" własnego umysłu, w celu osiągania nad nim kontroli.

** To co wydaje się w tym zdaniu sprzecznością, nie jest sprzecznością, kiedy myśli się o człowieku z kosmicznego punktu widzenia. Przeczytajcie ten fragment sesji:

1994-10-22

P: (L) Czy ludzie są uwięzieni w fizycznej materii?
O: Z wyboru.
P: (L) Dlaczego to wybrali?
O: Żeby doświadczyć wrażeń fizycznych. Była to decyzja zbiorowego umysłu grupy.
P: (L) Kto przywodził tej grupie?
O: Cała grupa.
P: (L) Czy z współoddziaływania pomiędzy duchem/duszą a ciałem fizycznym powstają jakieś produkty uboczne, pożądane dla innych istot?
O: To jest tak, że wszystko ma zarówno pożądane, jak i niepożądane konsekwencje, ale trzeba tu także wspomnieć o tym, że wszystko, co istnieje w dowolnej rzeczywistości wszechświata może doświadczać istnienia tylko na jeden z dwóch sposobów. Można by to określić jak cykl długo-falowy i cykl krótko-falowy. Wracając do twojego poprzedniego pytania, dlaczego ludzie są "uwięzieni" w fizycznej egzystencji, co oczywiście jest dobrowolne i wybrane, to jest tak z powodu pragnienia zmiany z doświadczania cyklu długo-falowego, tego co nazwalibyście eteryczną lub duchową egzystencją, na cykl krótko-falowy tego, co nazwalibyście fizyczną egzystencją. Różnica polega na tym, że cykl długo-falowy wiąże się z cykliczną powolną, stopniową zmianą w drodze ewolucji. Tymczasem cykl krótko-falowy obejmuje dualność. I tak jest w przypadku dusz w fizycznym ciele, jak dzieje się to na planie ziemskim, ponieważ przez połowę cyklu dusza ta doświadcza stanu eterycznego, a przez drugą połowę cyklu - stanu fizycznego. Chociaż połowy te nie są rozumiane w sensie czasu trawania, według waszego sposobu mierzenia czasu, to w każdej połowie suma doświadczeń jest taka sama. Gdy grupowy umysł dusz zdecydował doświadczyć fizyczności jako przeciwieństwa wyłącznie eterycznego istnienia, spowodowało to konieczność stworzenia cyklu krótko-falowego za pośrednictwem natury poprzez naturalne ograniczenia wszechświata.
P: (L) Czy to współoddziaływanie tworzy jakiś produkt uboczny?
O: Tworzy w równym stopniu produkty pozytywnej, jak i negatywnej natury.
P: (L) A czym są te produkty uboczne?
O: Który najpierw ?
P: (L) Pozytywny.
O: Pozytywnym produktem ubocznym jest wzrost względnej energii, co przyspiesza proces uczenia się duszy i wszystkich jej jedno- i dwuwymiarowych partnerów, z którymi ma relacje. Innymi słowy flory i fauny, minerałów itp. Wszystkie doświadczają wzrostu i ruchu w kierunku ponownego połączenia, w szybszym tempie na podstawie tego cyklu, poporzez to przejście fizyczno/eteryczne krótko-falowego cyklu. Negatywnym skutkien uboczym jest to, że oddziaływanie to wytwarza również wiele negatywnych doświadczeń będących udziałem tych samych bytów, które w innym przypadku by nie istniały, ponieważ mając naturę pierwszego lub drugiego poziomu, flora i fauna doświadczałyby długoterminowego czy też długo-falowego cyklu na planie fizycznym, a nie fizycznego i eterycznego cyklu krótko-falowego jak dzieje się to teraz, dlatego że odziaływują z gatunkiem ludzkim będącym w swoim krótko-falowym eteryczno-fizycznym cyklu.

The Wave Chapter 17

Fala 17

Fala Indeks


Właściciele oraz wydawcy niniejszych stron pragną oświadczyć, że materiał tu prezentowany jest wynikiem ich badań i eksperymentu w Komunikacji Nadświetlnej. Zapraszamy czytelnika by przyłączył się do naszego poszukiwania Prawdy poprzez czytanie z otwartym, ale sceptycznym umysłem. Nie zachęcamy tu do "dewotyzmu" ani też do "Prawdziwej Wiary". Zachęcamy STANOWCZO do poszukiwania Wiedzy oraz świadomości we wszystkich obszarach działania jako najlepszego sposobu, by być w stanie odróżnić kłamstwa od prawdy. Jedno co możemy powiedzieć czytelnikowi: pracujemy bardzo ciężko, wiele godzin na dobę, i czynimy tak od wielu lat, by odkryć "sedno" naszej egzystencji na Ziemi. Jest to nasze zajęcie, nasze poszukiwanie, nasza praca. W sposób ciągły szukamy potwierdzenia oraz/lub pogłębiamy zrozumienie tego, co uważamy albo za możliwe, albo za prawdopodobne lub za jedno i drugie. Czynimy tak ze szczerą nadzieją, że ludzkość jako całość skorzysta z naszej pracy, jeśli nie teraz , to przynajmniej w jakimś punkcie w jednej z naszych prawdopodobnych przyszłości.

Skontaktuj się z administratorem serwera pod adresem cassiopaea.com
Prawa Autorskie (c) 1997-2005 Arkadiusz Jadczyk oraz Laura Knight-Jadczyk. Wszystkie prawa zastrzeżone. "Cassiopaea, Cassiopaean, Cassiopaeans," są zastrzeżonym znakiem handlowym Arkadiusza Jadczyka oraz Laury Knight-Jadczyk.
Listy adresowane do Kasjopei, szkoły QFS, Arkadiusza lub Laury, stają się własnością Arkadiusza Jadczyka i Laury Knight-Jadczyk
Wtórne publikacje oraz wtórne rozpowszechnianie zawartości niniejszego ekranu lub dowolnej części niniejszej witryny w dowolnej formie jest stanowczo zabronione bez wcześniejszej pisemnej zgody autorów.

Jesteś gościem o numerze .